piątek, 11 lutego 2011

Zeszły tydzień minął pod hasłem żegnania się z moimi malakas. Piątek po egzaminie impreza, potem sobota dzień głównie spędzony z Janą. Miałyśmy iść do 'Portugal dos pequenitos' takie muzuem z miniaturami ważnych portugalskich zabytków. Niestety spotkałyśmy się zbyt późno,a po drodze natrafiłyśmy na jakiś fajny bazar, starocie itd ;) Jana skubana,bo kupiła sobie dwie fajne rzeczy, ja niestety nic sobie nie upatrzyłam. Przed wejściem do muzuem spotkałyśmy dwie znajome, które uprzedziły nas, że warto tam iść, ale potrzeba przynajmniej godziny na zobaczenie wszystkiego inaczej będziemy musiały się sprężyć, ale damy radę. W kasie pani uprzedziła, że mamy tylko30 minut. Więc przeprosiłyśmy panią na chwilę i rozkminiałyśmy z minutę czy warto za 9euro iść na pół godziny zabawy. W rozwiązaniu problemu pomogło samo muzeum, ponieważ bileterka zwyczajnie zamknęła kasę bez pytania czy może jednak się zdecydowałyśmy, a jakaś inna pani zamknęła wejście. No to,co no wino. Tymbardziej, że było w miarę ciepło jak na ostatnie dni. Ploty i wyznania nad rzeką Mondego z przepysznym zielonym winem. Naszą ulubioną- Gazelką. Wieczorem ostatni wspólny obiad i ostatnia impreza, ostatnie spanie w 'perfect house'. Rano szybka pobudka,bo nie było już czasu na idealną kawę i miłe, długie śniadanie jakie zwykłam tam jadać. Pożegnanie na przystanku płaczliwe, o dziwo ja okazałam się tego dnia najtwardsza, bo nawet wspólny kolega Włoch się rozpłakał, co mnie totalnie zatkało. Jednak później trochę się rozweseliliśmy, gdy zjedliśmy sobie śniadanko na przystanku, podczas gdy czekaliśmy na bus-miał nastąpić epicki moment w mym życiu kiedy to miałam przejechać się autobusem w Coimbrze, ale jednak tak się nie stało(nie tego dnia!) Dodam, że śniadanko prosto z produktów z biedronki, tzn. tutejszej biedronki :) Buła z serem i burżujsko- bekonem od Giacomo. Co do Greczynek to ja i Jana miałyśmy dosyć ciekawy powrót do domu z imprezy, oczywiście nad ranem. Niestety Janka nie miała kluczy. Nie mogłyśmy się dostać na klatkę schodową. Po obdzwanianiu Laury tysiąc razy na dwa telefony plus dzwonienie domofonem (nie mam pojęcia do kogo, skoro ichni nie działał) w końcu jakiś sąsiad wielce zdenerwowany otworzył nam drzwi- gentleman się pofatygował,bo zszedł na klatkę, nie omieszkając nas zdrowo opieprzyć. Czasem dobrze jest nie do końca znać język, z tego co mi się wydaje powiedział coś w stylu, skończcie dzwonić, wpuszczę was teraz, ale jutro na pewno porozmawiamy. Przygody ciąg dalszy miał miejsce pod drzwiami do mieszkania. Kochana Laurka i jej Mr. Darcy nie słyszeli dwóch telefonów, które dzowniły jak szalone i było je słychać nawet na klatce. O jakieś 7-8 królewna odebrała mój telefon, nie bardzo sobie zdając sprawę z sytuacji :P Zeszłą niedzielę odsypiałam i rozkmniałam jak to mi będzie bez malakas. Jak na razie jesteśmy w skypeowym kontakcie. Oczywiście polsko-greckie wakacje 2012 w naszych głowach. Tęsknię za tymi babami to fakt i nikt mi ich tutaj tak dobrze nie zastąpi, chociaż Rahel i Julio zdeklarowali się, że spróbują :) Ten tydzień spotykałam się dużo z moją kochaną hiszpańską mamuśką, która przed chwilą dostała adres tego bloga i udaje, że umie czytać po polsku. Było kilka obiadów w hiszpańskim gronie. Jednakże najfajniejsza była moja wizyta w muzeum na wystawie karykatur republiki Portugalii z końca XIX wieku jeśli dobrze pamiętam? Spotkałam się z Włoszką- Caroliną, pięknie zwaną Cebolinhą, tak,tak cebulka. Po prawie godzinnym czekaniu na nią,bo pomyliły jej się godziny, ciekawej wizycie w muzeum i zrobieniu kilku dziwnie-kreatywnych fotek, droga koleżanka stwierdziła, że nie zna kościoła, który stoi obok i chce wejść zobaczyć jak jest w środku. Gdy znalazłyśmy się w środku, dokładnie gdy stałyśmy przy ołtarzu i dyskutowałyśmy o archiekturze tego wnętrza, usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się,a tak ksiądz z panami ministrantami. Hello-msza na 18 :D haha. Zatkane zrobiłyśmy tylko krok w tył do ławki, bez dyskusji jakoś się połączyłyśmy mentalnie, że nie wypada wychodzić przynajmniej nie na początku mszy. No i zleciała nam cała msza! Dobrze, że krótko. Kompletnie nic nie rozumiałam, ba, nawet nie wiedziałam w jakich momentach się znajdujemy. Czasami Carolina szturchała mnie, kiedy wstajemy, klękamy itd. Raz zrobiła to jakaś pani :P W trakcie klęczenia stwierdziłam, że chyba się 'zasiedziałyśmy' na kolanach. Zgłupiałam nie wiedziałam czy wstawać czy może już poczekać do kolejnego momentu na klęczkach. Chciałam się podzielić obserwacją z koleżanką i w tym momencie zaczęłam się śmiać jak głupia, oczywiście wszystko tłumiłąm,ale było mi strasznie ciężko no i fakt, że byłam w pierwszej ławce z przodu ksiądz, który mialam wrażenie, że ciągle mnie obserwował. Było zabawnie,ale bałam się, że zaraz się zaśmieje na głos. Na szczęście się opanowałam, msza się w końcu skończyła. A co najlepsze po niej, księżulek do nas podszedł i zagadał skąd jesteśmy, co studiujemy blabla i generalnie ucieszył się, że wpadłyśmy i liczy, że jeszcze wrócimy. To było mega fajne wydarzenie. No,bo ile można imprezować?! A propo imprez to jednak są dramenbejsowe biby. Trafiłam na taką jedną, po drugiej stronie rzeki na jakimś zadupiu, gdzie jechał 'specjalny' bus. Wstęp 4euro,ale muza mega no i konkretna przestrzeń. Pod spodem jak zwykle dokumentacja ostatnich wydarzeń.

50 urodziny Republica Boy-Bay-Ela, w której ostatnio jestem częstym gościem


żywa reklama

Z Ivankiem-nieRosjankiem-tapas bar.


wystawa

Cebolinha i jej wizje :D



Laura, Irene, Ana


drink na pożegnaniu z Rose - fajna atrakcja, ale dosłownie PALI w gardle.gdy płomień zgaśnie, lekko ostudzoną substancję wciąga się przez słomkę.

Rose-last time

z Irenką i Diogo kolegą z portugalskiego-pierwszy raz spotkałam go gdzieś poza zajęciami


 

po raz ostatni (przed wyjazdem) bigorna-malakas w całym składzie


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz