poniedziałek, 28 lutego 2011

jungle party-notka z niedzieli

W sobotę byłam na świetnej imprezie. Dlatego teraz jeszcze nie śpię, ale obiecuję, że wstanę rano na portugalski, na 9. Chyba zaczęłam ogarniać system. Nasz świetny pan nauczyciel założył stronę na wikileaks, która ma nam pomóc w nauce portugalskiego. Mamy tam podawane prace domowe (dlatego pierwszej nie zrobiłam, bo nie mam w zwyczaju używać takiego systemu, więc nie ogarnęłam, że powinnam to sprawdzać na bieżąco). Gdyby to był facebook, to co innego (żarcik). Możemy tam również prowadzić dyskusje czy zwyczajnie pytać o co chcemy, związanego z zajęciami i nie tylko. Są jakieś przydatne linki czy materiały. Generalnie widać, że panu Antonino bardzo zależy, żebyśmy mieli jak największy kontakt z językiem i stara się do nas trafić. Mimo, że nie wszystko rozumiem na zajęciach, czy też na tej stronie. To ryzykuje wysokim poziomem grupy i liczę na sukcesy (HAHAHA).

Fotka po sobotnim pikniku nad rzeką. Erasmusi muszą mieć wszystko udokumentowane.
W sobotę po pikniku dosyć późno jak na moje polskie zwyczaje odbyła się kolacji u Laury. Później mieliśmy iść na imprezę niespodziankę-jungle party dla Anny, która miała tego dnia urodziny. Oczywiście ja z początku nie wiedziałam, że na kolacji też będzie jubilatka, więc nie mogłam wymalować sobie całej twarzy, dlatego też przyszłam po prostu na kolorowo. Ciuchy to nie problem, za to makijaż inspirowany papugą znalazłam na youtube, ale bałam się, że coś spapię i poprosiłam moją współlokatorkę Mafaldę o pomoc i trzeba przyznać, że sprostała ona temu zadaniu. Już nie pierwszy raz, moja kreacja Jokera na haloween również nie wyszłaby by bez jej pomocy :) Uwielbiam imprezy przebierane,ale tutaj takowych mało, chyba, że domówki jak ta sobotnia. Było świetnie, dużo osób, na tarasie z przepyszną sangrią. Później tapas do rana.  Uprzedzam, że każdy ma ubrodzone twarze na zdjęciach, bo dzieci lubią bawić się kredkami- poza tym w dżungli jest dzika natura to i brud :P
Kolacja u Laury-Hiszpanki, której nie ma zdjęciu. Jak zwykle ja i hiszpańskojęzyczne towarzystwo. Od lewej: Blanca, Lucas(Argentyna) ja i Julio :)

Może i dzikie myszki to, to nie są,ale za to jakie piękne. Od lewej: Blanca, Ana i Irenka

Dzioba trzeba gdzieś zamoczyć :D

Juancho i Laura-pingwin :) Bardzo podobał mi się jej strój.

Najlepszy króliczek: Tacata oraz matka w środku.


Z Andresem z Argentyny. Zawsze gdy się widzimy ja śpiewam 'vamos, vamos Argentina' - piłkarska przyśpiewka, a on wciąż pyta 'gdzie jest kurwa samolot?' :D  z przepięknym akcentem kładzionym nie na te sylaby co trzeba (w grudniu lecieliśmy tym samym samolotem do Bergamo i oczywiście było opóźnienie, które spożytkowaliśmy na nauce języka...).

Bliżej nieokreślone zwierzę. Diogo serio wyszedł z dżungli.

Ach te imprezowe buziaczki. Po lewej Sandra, szybka polewaczka sangrii. Domowa sangria-najlepsza!
Właśnie rozmawiałam sobie z Enrico, ex-erasmo z mojej uczelni. Bardzo miło, że się czasem odzywają do mnie zagraniczni studenci, którzy byli na wymianie u mnie w mieście :). Przeważnie rozmawiamy chwilkę,a ta rozmowa nie była wcale taka krótka. Fajnie. Powiedział, że do dzisiaj ma poerasmusową depresję. Cóż, czasem zastanawiam się jak to będzie ze mną. Ale na razie nie czas na takie rozkimny. Muszę korzystać z tego, że tu jestem. Jak słusznie zuważyła dziś koleżanka Paulina okazało się, że wczoraj minęło nam 6 miesiący od przyjazdu do Portugalii, a zostały cztery. Czyli zleci szybko. Zobaczymy ;) Poza tym to pozdrawiam koleżankę i dziękuję za zaproszenie na karaoke wieczór z polskimi babkami. Żeby było śmieszniej tychże Polek nie znam. Od razu mi się nasuwa fakt iż w tym semestrze poznałam już kilka osób, które uznałam za nowe na erasmusie, ponieważ ich nigdy nie widziałam, a tu się okazało, że ludzie są od pierwszego semestru. Co do prawdziwych nowych to poznałam ich niewielu. I jakoś mam wrażenie, że trudno na nich trafić.  Niestety jak wspomniałam wcześniej, byłam na świetnej imprezie wczoraj. Wróciłam o godzinie, o której 'dobranoc' zastępuje się 'dzień dobry'. Dlatego dzień zaliczam do tych 'leniwych' niedziel, podczas których nic się nie robi tylko zbija bąki, więc nawet do Pauliny ciężko było mi się zebrać. Liczę na kolejne zaproszenie!:) Mam nadzieję, że się dobrze bawiłyście.

środa, 23 lutego 2011

Guima&Braga

Zeszły tydzień moja zła karma mnie nawiedziła-tzn. przeziębionko. Poszłam do lekarza tym razem sama i na początku nawet się dogadywałam, ale później miałam wrażenie, że pani doktor na moje jakiekolwiek pytania odpowiada 'tak,tak' :P Z powodu niekończącego się kaszlu i cieknącego nosa obawiałam się czy wyruszę w weekend na wycieczkę z Rahel, koleżanką ze Szwajcarii. Plan był piękny trzy dni-trzy miasta : Guimarães, Braga i Barcelos. Ostatnie niestety nienawiedzone,a tak chciałam zobaczyć masę kogutów. Poza tym mama kazała mi opowiedzieć Wam legendę o kogucie z Barcelos, skoro miałam nawiedzić to miasteczko. Zamierzam się tam wybrać w przyszłości, tym razem pogoda i kiepskie godziny autubusów uniemożliwiły wypad. Dla chcącego nic trudnego,ale moja kompanka nie chciała wracać w niedzielę zbyt późno, więc nie zobaczyłam mojego ulubionego symbolu Portugalii :( Spostrzegawczy na pewno przyuważyli koguta na moim szablonie :)


 Galo e eu em Guima :)
Guimarães (gimarajsz) zwane przeze mnie czule Guima czyt. gima. Zdecydowanie mogę nazwać moim ulubionym zaraz po Porto oczywiście. Guimarães to według mnie śliczne nieduże miasto. Wąskie uliczki i piękne budynki. Piękne na swój sposób, portugalski rzecz jasna i o to chodzi!:) Guima to pierwsza stolica Portugalii, która później została przeniesiona do Coimbry, a także miejsce narodzin pierwszego króla Portugalii czyli Afonso Henrigue. Znajduje się tam zarówno zamek jak i pałac książęcy. Najładniejsze są oczywiście nieznane uliczki no i plac Oliveira w centrum miasta. W Guima urodziła się i mieszka jedna z moich współlokatorek-Paula. Dlatego też zatrzymałyśmy się u niej w domu w piątek. Jako, że przybyłyśmy tam wieczorem wizyta zaczęła się od kolacji z prawdziwą portugalską rodzinką. Spodziewałam się tylko rodziców Pauli oraz jej brata,ale była także ciocia i wujek. Było świetnie, oczywiście wciskano nam jedzenie na siłę,a jako gościom nie wypadało odmawiać, bo gospodarze poczuliby się urażeni. Tak, więc uczta była obfita, a po niej jeszcze deser. Później kawa na mieście z chłopakiem Pauli i ich kolegą. Było bardzo miło,  tym bardziej, że chłopaków znam. Niestety lało jak z cebra. Dla tych co myślą, że mam tu lato cały rok-niemożliwe! Leje nie ma, fakt nie mam temperatury na minusie, ale leje jak w Londynie..
W sobotni poranek pogoda zdecydowanie dopisała. Za dnia miasto jest jeszcze piękniejsze. Niestety nie mam dużo zdjęć (z Bragi niemalże żadnego), ponieważ aparat mi padł. Jak dostanę fotki Rahel to może się pochwalę. Co do Bragi to podobno jedno z najstarszych miast. Również mi się podobało, bo miało kilka placów, szczególnie jeden duży niczym deptak. W sobotę pod wieczór było tam pełno ludzi i czuło się, że to miasto. W Coimbrze jest masa studentów, także skupiska ludzi widać w okolicach wydziałów oraz nocą przy/w barach. Dlatego też w Bradze poczułam się przez chwilę inaczej i nie było to tylko moje odczucie. Sobotnią noc spędziłyśmy korzystając z couch surfing, u bardzo fajnego Portugalczyka Mauro, który gościł w tym czasie swoją brazylijską dziewczynę Natalie. Z nim rozmawiałyśmy głównie po angielsku, ponieważ od tego języka zaczął, za to z dziewczyną po portugalsku w odmianie brazylijskiej. Odzwyczaiłam się już od tej wersji. Mimo, że na początku upierałam się, że wolę tę odmianę bardziej niż portugalski europejski. Był to za pewne wpływ capoeiry. Spędziliśmy w czwórkę miły wieczór, ale na miasto wyruszyłam tylko ja i Rahel. Niestety nocna Braga mnie nie zachwyciła, wyszłyśmy zbyt późno, nie znałyśmy zbyt wielu miejsc, do których można było iść. Pobawiłyśmy się chwilę w barze akademickim. Jedyne co mi się tam podobało to tanie piwo i duża przestrzeń oraz wstęp wolny. Reszta mega słaba- muzyka jakaś zamulona (chwała, że puścili waka-waka :P) bardziej się wydurniałam udając, że jest fajnie i miejąc ubaw z ludzi. Od krasnoludków z liceum po jakiś staruchów, czego w Coimbrze aż na taką skalę nie widziałam. Bez obrazy polscy licealiści,ale tutaj poznałam po wzroście i buźkach, że ludzie są młodsi nawet ode mnie. W niedzielę po zimnej nocy i krótkim śnie spędziłyśmy deszczowy dzień w Bradze i wróciłyśmy pod wieczór do Coimbry. Niestety jak słusznie zauważyła pewna koleżanka Paulina - w ciągu tygodnia jest ładna pogoda, a w weekend pada.

Poza tym to ciągle mam problem z doborem przedmiotów na II sem mimo, że ten trwa już od tygodnia... Zapowiada mi się więcej egzaminów z racji tego, że mam do wyboru tylko jeden przedmiot wykładany po angielsku, na dodatek jest to ekonomia... a godziny zajęć są wręcz IDEALNE dla studentów z wymiany. Podsumuję to tylko opinią Melanie z Niemiec, która dziś dołączyła do mojej grupy z języka angielskiego : ' Oh my God, 9 o'clock is too cruel for me to have classes, but at 8?! I have no words.' Tak, na rodzimej uczelni miałam zajęcia na 7.30 kilka razy w tygodniu i przeżyłam, ale nie oszukujmy się drodzy Państwo tutaj żyje się troszkę inaczej. Wszystko robi się z pewnym naturalnym opóźnieniem : pora jedzenia, imprezowania wszystko dzieje się późno, automatycznie pobudka też. A bliscy znają mój entuzjazm do wstawania z łóżeczka...:)

jakaś przypadkowa babiczka, uwielbiam starszych ludzi,a w Portugalii jest ich pełno!


z Paulą na zamku


Guima

Braga- pani sprzedająca kasztany, tak tutaj się je pieczone kasztany, ale ja nie jestem zbytnią fanką.

znowu w Guima
Mała rada na przyszłość: zawsze bierzcie ze sobą śpiwór-nawet jak ktoś mówi, że ma dla Ciebie pościel. W przypadku Pauli sprawdziło się to świetnie, miałam nocleg prawie jak w polskim domu,czyli ogrzewanko i cieplutka pościel, jednak u Mauro dostałyśmy jakieś prześcierdełka i koc.

A gdzie ta masa komentarzy, tych co mieli tak tęsknić?:P Taka postawa nie motywuje do pisania moi mili.

Pozdrawiam. Wreszcie notka w całości, a to już czwartek...a środą była taka piękna, bo słoneczna. Przykro mi, że w PL w niektórych miejscach dochodzi do -27! Wysłam trochę ciepła :*

piątek, 11 lutego 2011

Zeszły tydzień minął pod hasłem żegnania się z moimi malakas. Piątek po egzaminie impreza, potem sobota dzień głównie spędzony z Janą. Miałyśmy iść do 'Portugal dos pequenitos' takie muzuem z miniaturami ważnych portugalskich zabytków. Niestety spotkałyśmy się zbyt późno,a po drodze natrafiłyśmy na jakiś fajny bazar, starocie itd ;) Jana skubana,bo kupiła sobie dwie fajne rzeczy, ja niestety nic sobie nie upatrzyłam. Przed wejściem do muzuem spotkałyśmy dwie znajome, które uprzedziły nas, że warto tam iść, ale potrzeba przynajmniej godziny na zobaczenie wszystkiego inaczej będziemy musiały się sprężyć, ale damy radę. W kasie pani uprzedziła, że mamy tylko30 minut. Więc przeprosiłyśmy panią na chwilę i rozkminiałyśmy z minutę czy warto za 9euro iść na pół godziny zabawy. W rozwiązaniu problemu pomogło samo muzeum, ponieważ bileterka zwyczajnie zamknęła kasę bez pytania czy może jednak się zdecydowałyśmy, a jakaś inna pani zamknęła wejście. No to,co no wino. Tymbardziej, że było w miarę ciepło jak na ostatnie dni. Ploty i wyznania nad rzeką Mondego z przepysznym zielonym winem. Naszą ulubioną- Gazelką. Wieczorem ostatni wspólny obiad i ostatnia impreza, ostatnie spanie w 'perfect house'. Rano szybka pobudka,bo nie było już czasu na idealną kawę i miłe, długie śniadanie jakie zwykłam tam jadać. Pożegnanie na przystanku płaczliwe, o dziwo ja okazałam się tego dnia najtwardsza, bo nawet wspólny kolega Włoch się rozpłakał, co mnie totalnie zatkało. Jednak później trochę się rozweseliliśmy, gdy zjedliśmy sobie śniadanko na przystanku, podczas gdy czekaliśmy na bus-miał nastąpić epicki moment w mym życiu kiedy to miałam przejechać się autobusem w Coimbrze, ale jednak tak się nie stało(nie tego dnia!) Dodam, że śniadanko prosto z produktów z biedronki, tzn. tutejszej biedronki :) Buła z serem i burżujsko- bekonem od Giacomo. Co do Greczynek to ja i Jana miałyśmy dosyć ciekawy powrót do domu z imprezy, oczywiście nad ranem. Niestety Janka nie miała kluczy. Nie mogłyśmy się dostać na klatkę schodową. Po obdzwanianiu Laury tysiąc razy na dwa telefony plus dzwonienie domofonem (nie mam pojęcia do kogo, skoro ichni nie działał) w końcu jakiś sąsiad wielce zdenerwowany otworzył nam drzwi- gentleman się pofatygował,bo zszedł na klatkę, nie omieszkając nas zdrowo opieprzyć. Czasem dobrze jest nie do końca znać język, z tego co mi się wydaje powiedział coś w stylu, skończcie dzwonić, wpuszczę was teraz, ale jutro na pewno porozmawiamy. Przygody ciąg dalszy miał miejsce pod drzwiami do mieszkania. Kochana Laurka i jej Mr. Darcy nie słyszeli dwóch telefonów, które dzowniły jak szalone i było je słychać nawet na klatce. O jakieś 7-8 królewna odebrała mój telefon, nie bardzo sobie zdając sprawę z sytuacji :P Zeszłą niedzielę odsypiałam i rozkmniałam jak to mi będzie bez malakas. Jak na razie jesteśmy w skypeowym kontakcie. Oczywiście polsko-greckie wakacje 2012 w naszych głowach. Tęsknię za tymi babami to fakt i nikt mi ich tutaj tak dobrze nie zastąpi, chociaż Rahel i Julio zdeklarowali się, że spróbują :) Ten tydzień spotykałam się dużo z moją kochaną hiszpańską mamuśką, która przed chwilą dostała adres tego bloga i udaje, że umie czytać po polsku. Było kilka obiadów w hiszpańskim gronie. Jednakże najfajniejsza była moja wizyta w muzeum na wystawie karykatur republiki Portugalii z końca XIX wieku jeśli dobrze pamiętam? Spotkałam się z Włoszką- Caroliną, pięknie zwaną Cebolinhą, tak,tak cebulka. Po prawie godzinnym czekaniu na nią,bo pomyliły jej się godziny, ciekawej wizycie w muzeum i zrobieniu kilku dziwnie-kreatywnych fotek, droga koleżanka stwierdziła, że nie zna kościoła, który stoi obok i chce wejść zobaczyć jak jest w środku. Gdy znalazłyśmy się w środku, dokładnie gdy stałyśmy przy ołtarzu i dyskutowałyśmy o archiekturze tego wnętrza, usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się,a tak ksiądz z panami ministrantami. Hello-msza na 18 :D haha. Zatkane zrobiłyśmy tylko krok w tył do ławki, bez dyskusji jakoś się połączyłyśmy mentalnie, że nie wypada wychodzić przynajmniej nie na początku mszy. No i zleciała nam cała msza! Dobrze, że krótko. Kompletnie nic nie rozumiałam, ba, nawet nie wiedziałam w jakich momentach się znajdujemy. Czasami Carolina szturchała mnie, kiedy wstajemy, klękamy itd. Raz zrobiła to jakaś pani :P W trakcie klęczenia stwierdziłam, że chyba się 'zasiedziałyśmy' na kolanach. Zgłupiałam nie wiedziałam czy wstawać czy może już poczekać do kolejnego momentu na klęczkach. Chciałam się podzielić obserwacją z koleżanką i w tym momencie zaczęłam się śmiać jak głupia, oczywiście wszystko tłumiłąm,ale było mi strasznie ciężko no i fakt, że byłam w pierwszej ławce z przodu ksiądz, który mialam wrażenie, że ciągle mnie obserwował. Było zabawnie,ale bałam się, że zaraz się zaśmieje na głos. Na szczęście się opanowałam, msza się w końcu skończyła. A co najlepsze po niej, księżulek do nas podszedł i zagadał skąd jesteśmy, co studiujemy blabla i generalnie ucieszył się, że wpadłyśmy i liczy, że jeszcze wrócimy. To było mega fajne wydarzenie. No,bo ile można imprezować?! A propo imprez to jednak są dramenbejsowe biby. Trafiłam na taką jedną, po drugiej stronie rzeki na jakimś zadupiu, gdzie jechał 'specjalny' bus. Wstęp 4euro,ale muza mega no i konkretna przestrzeń. Pod spodem jak zwykle dokumentacja ostatnich wydarzeń.

50 urodziny Republica Boy-Bay-Ela, w której ostatnio jestem częstym gościem


żywa reklama

Z Ivankiem-nieRosjankiem-tapas bar.


wystawa

Cebolinha i jej wizje :D



Laura, Irene, Ana


drink na pożegnaniu z Rose - fajna atrakcja, ale dosłownie PALI w gardle.gdy płomień zgaśnie, lekko ostudzoną substancję wciąga się przez słomkę.

Rose-last time

z Irenką i Diogo kolegą z portugalskiego-pierwszy raz spotkałam go gdzieś poza zajęciami


 

po raz ostatni (przed wyjazdem) bigorna-malakas w całym składzie