wtorek, 5 czerwca 2012


volta a portugal

Spędziłam 10 miesięcy w Coimbrze w ramach programu Erasmus, łącznie prawie okrąglutki rok w Portugalii.  Zarzekałam się, że prędko do niej nie wrócę, bo przecież poznałam tylu ludzi z różnych krajów, że czas na coś nowego.  Jednego byłam pewna: w 2012 nie zawitam na portugalskiej ziemii. A jednak stało się inaczej. Nie minął nawet rok, a znowu tu jestem, choć tym razem inna okazja, a także inne miasto - praktyka w moim ukochanym Porto :)

Oczywiście jako, że z Gdańska nie ma bezpośrednich lotów do Portugalii, czekała mnie długa podróż. Co by się nie przepłacić wykombinowałam 3 loty. Gdańsk-Wrocław OLT, Wrocław-Bruksela (Charleroi), Bruksela-Porto. I tak pierwszy lot minął całkiem przyjemnie, był nawet skromny poczęstunek,a załoga pochodziła z Hiszpanii.Co było dla mnie małym przedsmakiem, ponieważ w Portugalii Hiszpanów będzie masa. Tym samym samolotem leciał ze mną Maciek Rock, niestety nie było nam dane usiąść razem. We Wrocławiu czekałam ok 4h, jednak towarzystwa dotrzymywała mi moja siostra, która przygotowała dla mnie przepyszne śniadanko. Za pewne dołączyłaby się też Gaba Kulka, gdyby nie fakt, że gdzieś się spieszyła. Dlatego zdecydowałam się nie zawracać jej gitary,a raczej skrzypiec :D

Stwierdzam, że w ramach przygotowań do EURO 2012 nowy terminal w Gdańsku jak i ten we Wrocławiu są świetnie przygotowane na przylot kibiców. Nowoczesne, czyste, szczególnie fotele we Wro. Najlepsze na świecie! Tego samego nie można powiedzieć o brukselskim terminalu. Syf i malaria,a przyszło mi tam czekać dosyć długo. Najgorsze były toalety, gdzie miałam trudności z poruszaniem się z plecakiem i z walizą, bo przecież nie miałam komu powierzyć moich skarbów. No i ten smród jakby każdy lał wszędzie tylko nie do muszli. Jedyny plus pobytu na tym lotnisku to moje małe "szaleństwo" w postaci belgijskiego browarka. Co jak co, ale stwierdziłam, że mi się należy.

Kiedy już wsiadłam do samolotu lecącego do Porto, pomimo zmęczenia czułam się mega podekscytowana nadchodzącymi 5 miesiącami w Porto, a jednocześnie wciąż nie mogłam w to uwierzyć. Na pokładzie urzędowała portugalska ekipa, a wśród pasażerów również większość Portugalczyków lub Brazylijczyków - no i wreszcie dokoła melodyjny portugalski język. Zostałam powitana przez stewarda po polsku, na co ja mu odpowiedziałam w jego języku i co się okazało chłopak robił Erasmusa w Częstochowie. Dosyć zaskakujący wybór, muszę przyznać. Podczas wszystkich lotów większość czasu kimałam, bo każdy kto mnie zna wie, że w środkach transportu zawszę śpię to raz, a dwa mój bagaż był pakowany na kilka godzin przed odlotem, więc świeża i rześka nie byłam, co mogło grozić przegapieniem któregoś z lotów. Do teraz nie rozumiem, dlaczego choć wzięłam full tuniczek, spódniczek i sukieneczek, czyli cieniutkich rzeczy... osiągnęłam limit bagażu. I nawet musiałam kombinować na lotniskach, szczególnie w Brukseli, gdzie ludzie z obsługi najbardziej się czepiali i dzięki temu plasuje się ono na 1 miejscu nielubianych przeze mnie lotnisk. A co mi tam, któreś lotnisko musi dzierżyć ten tytuł. Przez myśl przeszedł mi też pomysł zwiedzenia miasta, ale na szczęście kobitka w informacji uprzedziła mnie, że o 17 wszystko się zamyka. Z wielką walizą, nie wiedząc gdzie iść, i co robić  tylko narobiłabym sobie kłopotów w mieście, szczególnie dlatego, że tam gadają po francusku. Nawet na lotnisku ludzie nie ogarniali angielskiego, chyba tylko pan barman. Choć przez chwilę kombinowałam jak zamówić piwo po francusku :P

Wreeeszcie dotarłam do Porto, odebrał mnie mój kochany kolega Marionito. Pojechaliśmy do centrum, do miejsca, gdzie wszyscy się spotykają i piją piwko i ogólnie cieszą się życiem. Posiedzieliśmy do 2 w nocy i dopiero o tej godzinie zostałam odwieziona do akademika. Tak jak się spodziewałam, pomimo zapewnienia ze strony biura -  nie było mnie na liście, ale bez problemu zostałam wpuszczona i tak właśnie wyglądał mój powrót do Portugalii :)

Kolejny dzień, czyli czwartek. Mój pierwszy dzień na praktyce. Miałam być o 9.30, ale padnięta po podróży i znająca portugalskie podejście do czasu, zostałam przekonana przez Mario, że nic się nie stanie jeśli  odrobinę się spóźnię. Tak też się stało, nie tylko dlatego, że ciężko mi było wstać,ale również dlatego, że coś mi się pochrzaniło w główce i poszłam do zupełnie innego budynku, który nawet nie wiem czy był budynkiem uniwersyteckim :P Uszczęśliwiłam jakiegoś śmiesznego grubego ochroniarza, który wskazał mi drogę do celu. We właściwym budynku, również miałam problem z odnalezieniem się, bo szłam bez wiedzy, pod którym numerem znajduje się biuro. Najpierw trafiłam do biura praktykantów odpowiedzialnych za Erasmus Mundus i stamtąd pokierowano mnie do właściwego miejsca :) I tak zaczęło się oprowadzanie po wszystkich biurach Serwisu Spraw Międzynarodowych. Moja praktyka odbywa się w dziale Incoming, czyli odpowiedzialnym za studentów, którzy przybywają do Porto z krajów UE i zrzeszonych. Zaraz obok znajduje się biuro dla portugalskich studentów wyjeżdżających na Erasmusa. Jest również biuro odpowiedzialne za wyjazdy studentów do krajów lusofońskich np. Mozambiku czy Angoli. Nie zapamiętałam większośći imion,ale wszystko przyjdzie z czasem. Jeśli chodzi o moje biuro to są w nim dwie zatrudnione Portugalki oraz trainee Katja ze Słowenii i ja będę pracować za nią. Póki co pracujemy w 4. Jestem dopiero po dwóch dniach pracy i póki co jedyną męczącą rzeczą jest fakt, że trzeba siedzieć w robocie od 9.30 do 17.30 z godzinną przerwą na obiad niezależnie od tego czy jest co robić czy nie. A ja szczęściara akurat przyjechałam w najlepszą pogodę na plażę jaką można sobie wymarzyć.

Tę notkę pisałam w niedziele wracając busem z Coimbry, więc dodam, że dziś we wtorek padał deszcz, który zaskoczył chyba wszystkich.

środa, 23 marca 2011

Fátima


W niedzielę skorzystałam z okazji, że do znajomej Polki wpadli rodacy i wybrałam się z nimi na wycieczkę. Fátima to pierwsze miejsce na trasie wycieczki, które zwiedziliśmy i, z którego wstawiam fotorelację.

Reszta następnym razem. Aktualnie zabijam czas. O 1.45 odbieram moją sis :) Jutro nie idę na zajęcia, ponieważ na całym Uniwersytecie w Coimbrze odbywa się bojkot. Projekt w związku z obcinaniem stypendiów i tym, że studenci przez to często rezygnują z nauki na uczelniach. Poza tym to jakieś kilka godzin temu portugalski premier podał się do dymisji. Jeśli dobrze zrozumiałam to z racji sytuacji ekonomicznej w Portugalii.


Najbardziej podobały mi się maryjne witraże.




święta Łucja



Nie mam pojęcia dlaczego niektórzy mijani przez nas ludzie na placu przed sanktuarium chodzili tak ubrani. Jednak wraz z kompaniją ośmieliliśmy się stwierdzić, że to nawiązanie do tradycyjnych kap, które noszą studenci w Portugali tzw. traje. To tradycyjny strój studencki. Pierwsze skojarzenie czarodzieje z Harrego Pottera. Studenci noszą czarny, elegancki strój, którego nieodłącznym elementem jest capa-czarna płachta, narzuta. Dlatego też śmieliśmy się, że to starzy studenci.

Raj dla fanów dewocjonaliów.Może dlatego, że była to niedziela i Dzień Ojca, na ulicach przy sanktuarium nie widziałam straganów, jednakże zaszliśmy do jednego sklepu i oto co znalazlam. Breloczki z Maryją-znajdź swoje imię!

Szopka w jabłku ?!


Zrobione z wosku ręce, nogi, piersi, uszy i inne części ciała, a nawet małe dzieci można zakupić sobie w takim sklepie za jedyne kilka euro. Po czym udać się na plac przed Sanktuarium i wrzucić do wielkiego ognia. Gdy masz chorą rękę, nogę itd. możesz zakupić taką atrapę i 'wyplenić' choróbsko.

Wśród morza różańców znalazł się również w wersji dziecięcej-dziewczęcej zamiastr koralików-główki hello kitty. Niestety nie mam zdjęcia.

Dla tych co wolą figurki- fluorescencyjne Maryjki.

Dzień Ojca.






sobota, 19 marca 2011

gosto,gosto-lubię,lubię

Trochę się ostatnio dzieje. Już od tygodnia Laura- malaka jest w Coimbrze. Przyjechała w odwiedziny co mnie bardzo cieszy. Za kilka dni przylatuje moja siostra, więc zawitamy do Porto w przyszły weekend. Może nawiedzimy inne miasta w pobliżu, byłoby miło.  Oby pogoda się udała, ponieważ dzisiaj było ponad 20 stopni. To byłoby coś pięknego, a ja dziś byłam w Serra da Lousã.  W składzie 2Kasie, Tysia, Zuzia i Ana plus zwerbowani przeze mnie w nocy Guillermo (Argentyna), którego ochrzciłam dziś 'Giziu' i Arturo (Peru) :) Było bardzo sympatycznie. Poczułam się niczym za czasów harcerskich, wspinanie się pod górę ( nie to samo co łażenie non-stop pod górę tu w Coimbrze-które nie zawsze wydaje mi się atrakcyjne i moje kolana się przez to odzywają), piękna natura. Chwilami widoczki podobne do tych polskich :)







wagon gąsiennic- dosłownie z pół metra. dziwne zajwisko-żadna nie wychodziła poza szereg.









dama przy stole-  Alice ;) zdjęcie niepozowane :)
Notka niedługa, ponieważ jak wieczorem wróciliśmy. Tak zostałam przekonana chwilę później do dwudniowego wypadu do Lizbony zahaczając o Fatimę (mama się ucieszy:)), Batalhę (podobno piękne miejsce) oraz przylądek Cabo da Roca, tym razem najbardziej wysunięty na zachód punkt na półwyspie Iberyjskim. Jeżeli pogoda będzie tak świetna jak była dzisiaj to świetnie. Dlategobardzo uradowana  żegnam czule, ponieważ zbiórka o 8 rano :P co oznacza, że moja wycieczka wisi pod znakiem zapytanie, bo ciągle jestem niewyspana po saint partrick's day czwartku :)

niedziela, 13 marca 2011

MałGosia em Galicia czyt. Małgofia em Galifia

Tydzień temu po raz pierwszy byłam w Hiszpanii, w północnej części, dokładnie nad Portugalią czyli w Galicji. Wyjazd trwał cztery dni i był naprawdę super. 10 osobowa ekipa w składzie 7 Polek ( Kasia, Zuzia, Tysia,Kasiszta i ja z Coimbry oraz Buka i Kasik z Porto) , Węgierka-Ana, Holenderka-Elbrich i Bułgarczyk- Dobrin. Pojechaliśmy dwoma samochodami, przez co mieliśmy wiele przygód, aby znaleźć gdziekolwiek miejsce do parkowania.A także mieliśmy problem z organizacją, ponieważ przeważnie spaliśmy u ludzi z couchsurfing, tak, więc przynajmniej po dwie osoby spały w innych miejsach u różnych osób, dlatego też trudno nam było spotkać się rano o 10 na wspólne zwiedzanie czy cokolwiek. Niemniej jednak było super! Byliśmy w Santiago de Compostela, Lugo,  A Coruña i Vigo. Jestem bardzo zadowolona z  wycieczki, której motywem przewodnim w moim aucie była piosenka Black Eyed Peas- the time (dirty beat). Nieważne jakbyśmy byli zmęczeni, gdy tylko usłyszeliśmy początek tego utworu zaczynaliśmy tańczyć! Nawet na jednej stacji benzynowej w drodze powrotnej wykonaliśmy spontaniczny taniec :) Bo przecież 'nikt  nas tu nie zna'. To również jedno z haseł wyjazdu, ponieważ posługiwaliśmy się gps'em, który bardzo często wariował przez co dochodziło czasem do nerwowych sytuacji na drodze. Zaraz się zdenerwuję, nie dość, że dodawanie zdjęć zajmuje na tym komputerze kupę czasu to jeszcze kilka razy coś mi się nie zapisało, a ta notka miała powstać już w środę. W każdym razie zapomniałam dodać, że pomysł na tę wycieczkę pojawił się dlatego iż poniedziałek i wtorek mieliśmy wolny z okazji karnawału :) Nie ma to jak świętowanie! Karnawał na Półwyspie Iberyjskim to coś dla mnie. Wielkie parady z masą poprzebieranych ludzi, niezależnie od płci czy wieku. Zero zażenowania, to się nazywa mieć dystans do siebie samego. 
Dziewoje już w Santiago de Compostela- nasze pierwsze miasto podczas wycieczki i zdecydowanie moje ulubione. Piękne, klimatyczne i studenckie! Jak najbardziej polecam zobaczyć, a ja na pewno chcę tam wrócić, tym bardziej, że mam gdzie spać. Tej nocy spałam u koleżanki z mojego miasta- Gosi, która również erasmusuje.



Z Kasisztą, a w tle katedra, do której w ciągu całego roku wędrują pielgrzymi.

Bóg patrzy

Z kolejną Kasią, z którą przyszło mi spędzić kolejne noce w Lugo i Vigo. Dobra kanapowa kompanka. Lubię piwo w kielichach,a także stwierdzam, że wolę galicyjski browar niż słynne portugalskie marki.
Karnawał w Santiago de Compostela.
Z Pedro, który przyłapał mnie na zrobieniu mu zdjęcia. Podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać w Galego. Bardzo podobny język do portugalskiego, dlatego podczas wyjazdu zebrałam kilka komentów, że dobrze władam tym językiem, mimo iż mówiłam po portugalsku :D Wiem, że z notek może wynikać, że jestem jakaś dobra w portugalskim, niestety wcale tak nie jest, ale staram się dużo rozmawiać i myślę, że są postępy,a najważniejsze, że się nie boję.
Johnny :)
Z przesympatycznym ślimaczkiem, który okazał się być Portugalczykiem- zapoznanym w barze.
Przyłapany robot w drodze do domu, na jednej z ulic Santiago. Pierwsza noc przespana w mieszkanku Gosi wraz z Elbrich- jeszcze raz wielkie dzięki!

Katedra Santiago de Compostela
 

Oto przepiękne cheerleaderki +50 przechadzające się pod katedrą. Urzeczone tym widokiem wraz z Zuzią podbiegłyśmy do nich i poprosiłyśmy o zdjęcie, na co 'dziewczynki' zaczęły głośno krzyczeć 'foto, foto, foto!' i pozować,a także chwalić się nam swoimi walorami :D Na koniec od najstarszej dostałyśmy po buziaku.

Bóg patrzy.





Podczas całej wycieczki dopisywała nam świetna pogoda. Dochodziło nawet do 20 stopni na plusie :) Och jak ja tęsknię za taką pogodą.


Cfaniaczek, który najpierw namówił nas do zrobienia sobie z nim zdjęć, podczas których obdarował każdą buziakiem. Tak naprawdę nie trzeba było nas namawiać, potem wdzięcznie poprosił o zapłatę. Na koniec chciał ode mnie buziaka. Dla mnie żaden problem, jednakże nabrałam się na stary numer, w momencie, którym celowałam w jego policzek on sprytnie obrócił się tak, że trafiłam w jego usta. Nie ma co, chłopak się obłowił :D
Suszę sobie ręcznik w drodze do Lugo.


Najsłodsze rodzeństwo jakie widziałam w Lugo.
Wszystkich urzekło to, że przebranym dzieciakom towarzyszą przebrani również rodzice :) Dlatego też spotkaliśmy Flinstonesów, rodzinę metali,a także ninja.
Udzielił nam się karnawałowy nastrój. Peruki oczywiście od 'chinoli' czyli z loja da chinesa. Chińskich sklepów jest w Portugalii na pęczki, nieważne jak małe jest miasto, musi tam być przynajmniej jeden taki punkt. Istna inwazja!
Niedaleko Wieży Herkulesa, która została zbudowana na jego cześć,a pod ziemią, na której jest ona ustytyowana wg. legendy znajduje się głowa potwora lub innego okropnego stworzenia, które trapiło biednych mieszkańców ówczesnego terenu, dlatego też zwołali dzielnego Herkulesa,a ten przepędził dręczyciela. Po drodze w tej legendzie znajduje się też wyjaśnienie nazwy miasta, pamiętam tylko, że Coruna to było imię kobiety, ale czy to była jakaś kochanka Herkulesa czy kto, to nie wiem- perdona!
Pod ratuszem miejskim w Coruni, cała ekipa wraz z naszym świetnym przewodnikiem Rachel, która przenocowała kilka osób z ekipy.
Na przylądku.
Według planu ja i Kasia miałyśmy spać u Marii z cs. Wyszłyśmy z nią do kawiarni, gdzie poznałyśmy trójkę Portugalczyków z Porto, jak się okazało sąsiadów z piętra niżej. Jako, że mieszkają oni w erasmusowym mieszkaniu powstał pomysł, że przecież możemy nocować właśnie u nich :) ponieważ Maria była zmęczona karnawałem i miała na rano do pracy. Bez wątpienia wyszło nam to na lepsze! Bardzo dobre towarzystwo i warunki do spania. Specjalnie wstawiam to zdjęcie, bo to jedyne gdzie uchwyciłam pięknego Ruy'a. Oczyiwście zajętego :( Strasznie sympatyczny chłopak, najwięcej starał się z nami rozmawiać. Na samym początku podczas przedstawiania się, od razu uprzedził nas iż jest 'rhui', a nie jak to często lubią akcentować Polacy, Czesi i Słowacy 'chuj' :) Skubany!
Wraz z Kasią nie miałyśmy jak skontaktować się z resztą ekipy rano w Vigo, więc poszwendałyśmy się po mieście same. Na koniec zaszalałyśmy i zamówiłyśmy przepyszny świeży sok z gujawy,a do tego dostałyśmy jeszcze pyszniejsze oliwiki o czosnkowym posmaku. Mina Kasi oddaje nasz błogi stan w tamtej chwilii.