środa, 23 marca 2011

Fátima


W niedzielę skorzystałam z okazji, że do znajomej Polki wpadli rodacy i wybrałam się z nimi na wycieczkę. Fátima to pierwsze miejsce na trasie wycieczki, które zwiedziliśmy i, z którego wstawiam fotorelację.

Reszta następnym razem. Aktualnie zabijam czas. O 1.45 odbieram moją sis :) Jutro nie idę na zajęcia, ponieważ na całym Uniwersytecie w Coimbrze odbywa się bojkot. Projekt w związku z obcinaniem stypendiów i tym, że studenci przez to często rezygnują z nauki na uczelniach. Poza tym to jakieś kilka godzin temu portugalski premier podał się do dymisji. Jeśli dobrze zrozumiałam to z racji sytuacji ekonomicznej w Portugalii.


Najbardziej podobały mi się maryjne witraże.




święta Łucja



Nie mam pojęcia dlaczego niektórzy mijani przez nas ludzie na placu przed sanktuarium chodzili tak ubrani. Jednak wraz z kompaniją ośmieliliśmy się stwierdzić, że to nawiązanie do tradycyjnych kap, które noszą studenci w Portugali tzw. traje. To tradycyjny strój studencki. Pierwsze skojarzenie czarodzieje z Harrego Pottera. Studenci noszą czarny, elegancki strój, którego nieodłącznym elementem jest capa-czarna płachta, narzuta. Dlatego też śmieliśmy się, że to starzy studenci.

Raj dla fanów dewocjonaliów.Może dlatego, że była to niedziela i Dzień Ojca, na ulicach przy sanktuarium nie widziałam straganów, jednakże zaszliśmy do jednego sklepu i oto co znalazlam. Breloczki z Maryją-znajdź swoje imię!

Szopka w jabłku ?!


Zrobione z wosku ręce, nogi, piersi, uszy i inne części ciała, a nawet małe dzieci można zakupić sobie w takim sklepie za jedyne kilka euro. Po czym udać się na plac przed Sanktuarium i wrzucić do wielkiego ognia. Gdy masz chorą rękę, nogę itd. możesz zakupić taką atrapę i 'wyplenić' choróbsko.

Wśród morza różańców znalazł się również w wersji dziecięcej-dziewczęcej zamiastr koralików-główki hello kitty. Niestety nie mam zdjęcia.

Dla tych co wolą figurki- fluorescencyjne Maryjki.

Dzień Ojca.






sobota, 19 marca 2011

gosto,gosto-lubię,lubię

Trochę się ostatnio dzieje. Już od tygodnia Laura- malaka jest w Coimbrze. Przyjechała w odwiedziny co mnie bardzo cieszy. Za kilka dni przylatuje moja siostra, więc zawitamy do Porto w przyszły weekend. Może nawiedzimy inne miasta w pobliżu, byłoby miło.  Oby pogoda się udała, ponieważ dzisiaj było ponad 20 stopni. To byłoby coś pięknego, a ja dziś byłam w Serra da Lousã.  W składzie 2Kasie, Tysia, Zuzia i Ana plus zwerbowani przeze mnie w nocy Guillermo (Argentyna), którego ochrzciłam dziś 'Giziu' i Arturo (Peru) :) Było bardzo sympatycznie. Poczułam się niczym za czasów harcerskich, wspinanie się pod górę ( nie to samo co łażenie non-stop pod górę tu w Coimbrze-które nie zawsze wydaje mi się atrakcyjne i moje kolana się przez to odzywają), piękna natura. Chwilami widoczki podobne do tych polskich :)







wagon gąsiennic- dosłownie z pół metra. dziwne zajwisko-żadna nie wychodziła poza szereg.









dama przy stole-  Alice ;) zdjęcie niepozowane :)
Notka niedługa, ponieważ jak wieczorem wróciliśmy. Tak zostałam przekonana chwilę później do dwudniowego wypadu do Lizbony zahaczając o Fatimę (mama się ucieszy:)), Batalhę (podobno piękne miejsce) oraz przylądek Cabo da Roca, tym razem najbardziej wysunięty na zachód punkt na półwyspie Iberyjskim. Jeżeli pogoda będzie tak świetna jak była dzisiaj to świetnie. Dlategobardzo uradowana  żegnam czule, ponieważ zbiórka o 8 rano :P co oznacza, że moja wycieczka wisi pod znakiem zapytanie, bo ciągle jestem niewyspana po saint partrick's day czwartku :)

niedziela, 13 marca 2011

MałGosia em Galicia czyt. Małgofia em Galifia

Tydzień temu po raz pierwszy byłam w Hiszpanii, w północnej części, dokładnie nad Portugalią czyli w Galicji. Wyjazd trwał cztery dni i był naprawdę super. 10 osobowa ekipa w składzie 7 Polek ( Kasia, Zuzia, Tysia,Kasiszta i ja z Coimbry oraz Buka i Kasik z Porto) , Węgierka-Ana, Holenderka-Elbrich i Bułgarczyk- Dobrin. Pojechaliśmy dwoma samochodami, przez co mieliśmy wiele przygód, aby znaleźć gdziekolwiek miejsce do parkowania.A także mieliśmy problem z organizacją, ponieważ przeważnie spaliśmy u ludzi z couchsurfing, tak, więc przynajmniej po dwie osoby spały w innych miejsach u różnych osób, dlatego też trudno nam było spotkać się rano o 10 na wspólne zwiedzanie czy cokolwiek. Niemniej jednak było super! Byliśmy w Santiago de Compostela, Lugo,  A Coruña i Vigo. Jestem bardzo zadowolona z  wycieczki, której motywem przewodnim w moim aucie była piosenka Black Eyed Peas- the time (dirty beat). Nieważne jakbyśmy byli zmęczeni, gdy tylko usłyszeliśmy początek tego utworu zaczynaliśmy tańczyć! Nawet na jednej stacji benzynowej w drodze powrotnej wykonaliśmy spontaniczny taniec :) Bo przecież 'nikt  nas tu nie zna'. To również jedno z haseł wyjazdu, ponieważ posługiwaliśmy się gps'em, który bardzo często wariował przez co dochodziło czasem do nerwowych sytuacji na drodze. Zaraz się zdenerwuję, nie dość, że dodawanie zdjęć zajmuje na tym komputerze kupę czasu to jeszcze kilka razy coś mi się nie zapisało, a ta notka miała powstać już w środę. W każdym razie zapomniałam dodać, że pomysł na tę wycieczkę pojawił się dlatego iż poniedziałek i wtorek mieliśmy wolny z okazji karnawału :) Nie ma to jak świętowanie! Karnawał na Półwyspie Iberyjskim to coś dla mnie. Wielkie parady z masą poprzebieranych ludzi, niezależnie od płci czy wieku. Zero zażenowania, to się nazywa mieć dystans do siebie samego. 
Dziewoje już w Santiago de Compostela- nasze pierwsze miasto podczas wycieczki i zdecydowanie moje ulubione. Piękne, klimatyczne i studenckie! Jak najbardziej polecam zobaczyć, a ja na pewno chcę tam wrócić, tym bardziej, że mam gdzie spać. Tej nocy spałam u koleżanki z mojego miasta- Gosi, która również erasmusuje.



Z Kasisztą, a w tle katedra, do której w ciągu całego roku wędrują pielgrzymi.

Bóg patrzy

Z kolejną Kasią, z którą przyszło mi spędzić kolejne noce w Lugo i Vigo. Dobra kanapowa kompanka. Lubię piwo w kielichach,a także stwierdzam, że wolę galicyjski browar niż słynne portugalskie marki.
Karnawał w Santiago de Compostela.
Z Pedro, który przyłapał mnie na zrobieniu mu zdjęcia. Podszedł do mnie i zaczęliśmy rozmawiać w Galego. Bardzo podobny język do portugalskiego, dlatego podczas wyjazdu zebrałam kilka komentów, że dobrze władam tym językiem, mimo iż mówiłam po portugalsku :D Wiem, że z notek może wynikać, że jestem jakaś dobra w portugalskim, niestety wcale tak nie jest, ale staram się dużo rozmawiać i myślę, że są postępy,a najważniejsze, że się nie boję.
Johnny :)
Z przesympatycznym ślimaczkiem, który okazał się być Portugalczykiem- zapoznanym w barze.
Przyłapany robot w drodze do domu, na jednej z ulic Santiago. Pierwsza noc przespana w mieszkanku Gosi wraz z Elbrich- jeszcze raz wielkie dzięki!

Katedra Santiago de Compostela
 

Oto przepiękne cheerleaderki +50 przechadzające się pod katedrą. Urzeczone tym widokiem wraz z Zuzią podbiegłyśmy do nich i poprosiłyśmy o zdjęcie, na co 'dziewczynki' zaczęły głośno krzyczeć 'foto, foto, foto!' i pozować,a także chwalić się nam swoimi walorami :D Na koniec od najstarszej dostałyśmy po buziaku.

Bóg patrzy.





Podczas całej wycieczki dopisywała nam świetna pogoda. Dochodziło nawet do 20 stopni na plusie :) Och jak ja tęsknię za taką pogodą.


Cfaniaczek, który najpierw namówił nas do zrobienia sobie z nim zdjęć, podczas których obdarował każdą buziakiem. Tak naprawdę nie trzeba było nas namawiać, potem wdzięcznie poprosił o zapłatę. Na koniec chciał ode mnie buziaka. Dla mnie żaden problem, jednakże nabrałam się na stary numer, w momencie, którym celowałam w jego policzek on sprytnie obrócił się tak, że trafiłam w jego usta. Nie ma co, chłopak się obłowił :D
Suszę sobie ręcznik w drodze do Lugo.


Najsłodsze rodzeństwo jakie widziałam w Lugo.
Wszystkich urzekło to, że przebranym dzieciakom towarzyszą przebrani również rodzice :) Dlatego też spotkaliśmy Flinstonesów, rodzinę metali,a także ninja.
Udzielił nam się karnawałowy nastrój. Peruki oczywiście od 'chinoli' czyli z loja da chinesa. Chińskich sklepów jest w Portugalii na pęczki, nieważne jak małe jest miasto, musi tam być przynajmniej jeden taki punkt. Istna inwazja!
Niedaleko Wieży Herkulesa, która została zbudowana na jego cześć,a pod ziemią, na której jest ona ustytyowana wg. legendy znajduje się głowa potwora lub innego okropnego stworzenia, które trapiło biednych mieszkańców ówczesnego terenu, dlatego też zwołali dzielnego Herkulesa,a ten przepędził dręczyciela. Po drodze w tej legendzie znajduje się też wyjaśnienie nazwy miasta, pamiętam tylko, że Coruna to było imię kobiety, ale czy to była jakaś kochanka Herkulesa czy kto, to nie wiem- perdona!
Pod ratuszem miejskim w Coruni, cała ekipa wraz z naszym świetnym przewodnikiem Rachel, która przenocowała kilka osób z ekipy.
Na przylądku.
Według planu ja i Kasia miałyśmy spać u Marii z cs. Wyszłyśmy z nią do kawiarni, gdzie poznałyśmy trójkę Portugalczyków z Porto, jak się okazało sąsiadów z piętra niżej. Jako, że mieszkają oni w erasmusowym mieszkaniu powstał pomysł, że przecież możemy nocować właśnie u nich :) ponieważ Maria była zmęczona karnawałem i miała na rano do pracy. Bez wątpienia wyszło nam to na lepsze! Bardzo dobre towarzystwo i warunki do spania. Specjalnie wstawiam to zdjęcie, bo to jedyne gdzie uchwyciłam pięknego Ruy'a. Oczyiwście zajętego :( Strasznie sympatyczny chłopak, najwięcej starał się z nami rozmawiać. Na samym początku podczas przedstawiania się, od razu uprzedził nas iż jest 'rhui', a nie jak to często lubią akcentować Polacy, Czesi i Słowacy 'chuj' :) Skubany!
Wraz z Kasią nie miałyśmy jak skontaktować się z resztą ekipy rano w Vigo, więc poszwendałyśmy się po mieście same. Na koniec zaszalałyśmy i zamówiłyśmy przepyszny świeży sok z gujawy,a do tego dostałyśmy jeszcze pyszniejsze oliwiki o czosnkowym posmaku. Mina Kasi oddaje nasz błogi stan w tamtej chwilii.