piątek, 3 grudnia 2010

Znowu zaniedbałam blożka, może nie jest mi on dany. Ostatnio trochę spokojniej u mnie. Miałam zapalenie ucha środkowego, dzisiaj skończyłam brać antybiotyk (co za radość). Czuję się zdecydowanie lepiej, jednak mam teraz dużo roboty. Więc muszę pocisnąć z angielskim i portugalskim. Na północy Portugalii spadł śnieg, u nas tylko deszcz i zimnica w domu. Zimniej niż na zewnątrz. Uroki mieszkań bez centralnego ogrzewania, na które wszyscy przyjezdni narzekają i nie mogą pojąć jak można nie mieć tego systemu w mieszkaniach! Dostałam propozycję wycieczki samochodem ten weekend właśnie na północ kraju, razem z innymi Polakami, jednak musiałam odmówić.

Do roboty! Zapodam kilka niepublikowanych dotad zdjęć, ponieważ nie mam żadnych jesiennych-zimowych-nowych.

Z nowości tylko tyle, że zrobiłam przemeblowanie w pokoju :P Ale coś czuję, że chyba zmienię znowu układ mebli. Pokój ciągle nieozdobiony. Muszę zrobić tabliczkę na drzwi pokój zasypiającej królewny albo coś w tym stylu. Choć zrobiłam postępy i ostatnio nie zasypiam na zajęcia!;) I nie mylę się już co do budynku, w którym mam język portugalski. Poza tym rozkminiam co zrobić z moimi nieszczelnymi drzwiami od balkonu. I muszę się pochwalić, że mam dobre współlokatorki- najnowszy przykład na to: dostałam  kołdrę. Kolejna warstwa do przykrycia na noc!;) A w sobotę z moją ex-roomie z akademika będę piekła chleb!  Tyle!

 Ściana na korytarzu w Pink House -uwielbiam ścienne naklejki!
 Bardzo fajna knajpka, w której byłam tylko ra ( na razie). Malutka, klimatyczna, swojska z muzyką na żywo.
 Moje ukochane Porto po raz drugi, tym razem bardzo jesiennie i deszczowo. Wycieczka spontan. Pierwszy autostopowa podróż po Portugalii, zamiast do Bragi wraz z kompankami trafiłyśmy właśnie tam. Spontanicznie zostałyśmy na noc. Kolejny couch-surfing- udany jak najbardziej. Zdecydowanie za krótko!
 Nad rzeką w Porto
 Mój uniwersytet!
 Moja modeleczka Laura :) oczywiście w Coimbrze.

 Kilkugodzinna wizyta w Peniche, w październiku jeśli dobrze pamiętam. Miasteczko zdecydowanie turystyczne. Lepiej pojechać w cieplejszych miesiącach, żeby powylegiwać się na plaży i wykąpać w oceanie.

Moja baletnica- Żana :)

Właśnie odebrałam telefon od moich wariatek z Grecji, że zaprosiły do siebie naszego wspólnego kolegę i jego współlokatorów ^^ co za intryga!;)

sobota, 20 listopada 2010

Witam po (nie)długiej przerwie. Notka będzie zapewne chaotyczna. Ładna, choć nieskładna. Czyli tak jak lubicie :) przy najmniej FasOla i Pati mi tak pisały :)

Nie mam za dużo czasu, żeby opisywać wydarzenia, sporo zaległych wydarzeń przede mną do opisania (nie mam pojęcia kiedy to zrobię-może nigdy). Za każdym razem kiedy chcę napisać notkę czuję też przypły motywacji, żeby zrobić coś bardziej konstruktywnego dla mnie: na dziś chociażby posprzątanie pokoju i nauka ;)

Zacznijmy od zeszłego czwartku. Wybrałam się ze znajomymi Włochami do  Real República Boa-Bay-Ela. Co to jest republika w Portugalii? Otóż nie tylko ustrój. Nie znam definicji,ale jest to dom, w którym żyją studenci. Niby nic specjalnego,a jednak. Takowych w Coimbrze jest pełno. Są to domy tylko dla studentów, zarządzane przez studentów. Przeważnie o bogatej historii. Taka właśnie jest  República  Boa-Bay-Ela. Z tego co wiem, więcej jest tych tylko dla Panów, są też dla Pań, najmniej jednak jest tych mieszanych. Właśnie sprawdziłam hasło  "república  de estudates" w wikipedii, nawet nie mały artykuł. Zamieszczę tylko mały przetłumaczony(przeze mnie i przez wujka Google) kawałek: "W Coimbrze, w większości republiki  zgrupowane są w ramach Rady Republik (CR), które zbiera się na wniosek jednej z Izb do tworzenia i podejmuje decyzje jednomyślnie.". Najwyraźniej mogłabym więcej na ten temat powiedzieć, ale nie czas teraz na tłumaczenie ;) Dodam, że  república , w której byłam to ta 'prawdziwa' jak wynika  nazwy. Czyli wyższy stopień wtajemniczenia.

No dobrze, to dlaczego się tam wybrałam. Otóż na słynny portalu społecznościowym dostałam zaproszenie na 'Magusto' czyli dzień św. Marcina, który obchodzi się właśnie w listopadzie, generalnie je się pieczone kasztany i pije jakiś specjalny trunek. Już dawno chciałam się wybrać do jakiejś republiki, w końcu muszę poznać tych 'prawdziwych' studentów :) Dużo na ten temat słyszałam już od Carlosa, Portugalczyka z Faro, którego poznałam przez CS jeszcze  Trójmieście i opowiedział mi trochę o swoim kraju. Dziękuję, wiedza przydatna, w sam raz na początek. Tym bardziej, że wspomniana wyżej republika jest na mojej drodze na wydział, musiałam kiedyś tam trafić. Wizytę wspominam miło, większość czasu minęło podczas zwiedzenia. Ponieważ calojró,(nie wiem jak to się pisze, a nie chcę przypadkowo przeklinać) najmłodszy, świeży domownik ma obowiązek oprowadzi gości po domu i opowiedzieć im historię,a takowa była niemała. Niestety Federinho (nie ma to jak portugalskie zdrobnienia,które podłapałam:)) mówił po portugalsku, więc na początku nie dużo rozumiałam,potem jakiś chłopak się nade mną zlitował i mi tłumaczył. Nasz przewodnik wczuł się w rolę, mówił dużo, pytania mogliśmy zadawać na końcu i nie wolno było mu przerywać kiedy mówił :D Dom z roku 1956 jeśli dobrze pamiętam :) Robi wrażenie, dużo pamiątek po dawnych lokatorach, prawie wszystko ma swoją historię, począwszy od zdjęcia, po kapelusz obrazki, czy brazgroł na ścianie w jednym z pokoju, które okazały się jakimś abstrakcyjnym połączeniem pierwszych liter imion mieszkańców z danego okresu. Naprawdę miejsce mega ciekawe. Dostałam otwarte zaproszenie,że kiedy chcę mogę wpadać. Jakoś jeszcze nie skorzystałam, mimo wszystko się wstydzę wejść tam sama, ot tak po prostu, choć oni pewnie by nic do tego nie mieli. Zobaczymy. Czekam na następną otwartą imprezę. Bo wiem, że republiki ( wg. Wikipedii jest tu ich ponad 20, ja minęłam może z 10,nie więcej) organizują często jakieś festiwale filmowe czy inne akcje. Teraz mała porcja słabych fotek. Godzina późna, słonko za oknem i lekki deszcz, oczywiście wiatr. Może moją ostatnią wycieczkę opiszę innym razem? Trzeba się spinać do roboty!


 Obrazek z małpką, jak prawie każde malowidło w domu, ma przesłani. Otóż z tego co pamiętam ten obraz pokazuje stanowisko mieszkańców domu do studiowania. Ci co tyko siedzą w domu, uczą się, zamiast wyjść do ludzi, nawiązywać przyjaźnie, bawić się czyli prawdziwie żyć są jak małpy. Głupi. Księga po prawej, oparta o inne na samym końcu z napisem 'sex' oczywiście nie otwarta, zakurzona. Cóż,wizja!
                             Historia-komiks, o dziewczynach, które mówią sobie o republice.

 Moi Italiano. Po prawej Giaccomo, po lewej Giorgio :) (tj.Dżiaakomo i Dżiordżio;))
 Geneza nazwy.

 Nie mogło zabraknąć pięknych kobiet, wśród samych mężczyzn.
Stary plakat z jakiejś akcji :)

p.s. Woda już jest!
p.s.1 Przepraszam za błędy, ale jakoś moja klawiatura ze mną nie współpracuje, starałam się wszystko poprawić :)

wtorek, 9 listopada 2010

Nie ma wody...

I wcale nie mówię tu o pustyni jak śpiewała Becia Kozi (btw.jestem dumna z wymślenia tej ksywki). Choć eFF zawsze się na mnie wkurzał, gdy tak mówiłam,ale ta pani raz mi popadła.

Nie ma wody u mnie w mieszkaniu. Już od rana. Myślałam, że może któraś z moich czterech portugalskich współlokatorek mnie nie poinformowała. Po południu myślałyśmy, że po prostu są jakieś roboty. Jednak prawda wyszła na jaw, gdy Mafalda (zwana przeze mnie główno-dowodzącą w tym domu) pojechała dowiedzieć się co nie tak z wodą. Prawda wyszła na jaw, że nie mamy zapłaconych rachunków za wodę już od końca sierpnia. W naszym domu tylko ja nie jestem odpowiedzialna za płacenie rachunków, z racji bariery językowej. Dlatego pozostałe wspólokatorki podzieliły między siebie kto, za co płaci. Tak, więc Marianka (uwielbiam spolszczać zagraniczne imiona b. podobne do polskich) , której nikt nie widział w domu od piątku,a może i czwartku zaniedbała swoje obowiązki. Poza jednym telefonem, który dziś odebrała i zapewniła, że za wszystko płaciła, nie ma się czym martwić, koleżanka się nie odzywa. Choć na facebooku siedzi,a przynajmniej chat tak pokazuje. Mafalda wkurzona. Paula, gdy wróciła skomentowała sprawę po portugalsku, mniej więcej zrozumiałam, że ona nie zapłaci za dodatkowe opłaty (podatki, ponowne podłączenie wody,tak,tak :P odłączono ją nam:P) i generalnie podsumowała spawę jako niemożliwą i nasze ulubione słowo Anno K. 'ESPECTACULAR!' -po raz pierwszy użyte w tym domu przy mojej obecności w negatywnym znaczeniu. No cóż. Moja optymistyczna postawa pozwoliła mi uspokoić dziewczyny, że powinniśmy tę sprawę wyjaśnić. Gdyż dziwne jest to, że tam gdzie się płaci za wodę pokazują rachunki niezapłacone,a podejrzana twierdzi co innego. Rozwiązanie sprawy opiszę w następnych notkach, jak tylko czegoś się dowiem. Mimo, że sprawa trochę niefajna, mam niezły ubaw :P

Moi drodzy rodzice,jeśli to czytacie, (w końcu nie na darmo podałam Wam adres) nie martwcie się :D Nigdy nie bulę, więcej niż powinnam :D walczę o swoje euraski!;D

Żeby notka nie była uboga zamieszczę parę zdjątek z mojego mini balkoniku. Jak dać, dotychczas udało mi się uchwycić kila ładnych widoczków (jak na możliwości tego aparatu). Trzecie zdjęcie mój faworyt!;)
  
ENJOY :)









niedziela, 7 listopada 2010

Fatima?

Ola!
Poprzednio napisałam, że wybieram się na wycieczkę do Fatimy w sobotę, czyli wczoraj.  O 10.15 miałam zbiórkę z Laurą, Joanną i jej chłopakiem, którego imienia nie napiszę, bo nie mam pojęcia jak. Mimo iż za pierwszym razem obudziłam się po ósmej, zamiast wstać od razu…wstałam  przed 10, więc na szybko bez śniadania ani nawet kawy. Zaczęłam się przygotowywać do wycieczki. Musiałam się spakować, bo nie wiedziałam czy gdzieś zanocujemy czy nie. Jak to ja z nadzieją, że może to druga się spóźni, wyfrunęłam z mojego domu kilka minut przed zbiórką oraz  z poczuciem ulgi, że znam skrót nad rzekę, zamiast łazić na około jak to robiłam przez dwa miesiące poprzednie.  Odebrałam telefon, że faktycznie moi kompani się spóźnią, więc trochę zwolniłam. Po czym okazało się, że wzięli taxę i już są na miejscu, ale kierowca nie chce poczekać, więc muszę sama wziąć taxówkę na stację, niestety. Tak się zaczęła przygoda z taxówkami tego dnia… Dojechałam na miejsce trochę niezadowolona, że musiałam zabulić za taxę. Okazało się, że naszych kompanów do drugiego auta nie ma. A w punkcie wynajmu samochodów nie ma nikogo tylko karteczka zaraz wracam. Nie byliśmy jednymi, którzy w tę piękną sobotę chcieli gdzieś wyruszyć. Po dłuższym czasie okazało się, że aut nie ma, a w innych wypożyczalniach są za drogie i też niewiadomo czy dostępne. Lekko zawiedzeni, obraliśmy  zupełnie inny kierunek- Guarda we wschodniej części Portugalii.  Ekipa w składzie wymienionym na początku plus Nikos-Grek i Dan-Anglik wsiedliśmy w pociąg, po ponad dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Karta euro 26 jest wreszcie przydatna, mam ok. 2€ zniżki J (reszta nie-hehehe). Zdani sami na siebie, ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu informacji turystycznej i centrum miasta. Z moim skromnym portugalskim dowiedziałam się u pewnej pani zaczepionej na ulicy, że należy iść w górę. No cóż! Tak to jest w Portugalii, że się wszędzie wspinasz. O dziwo nie mogliśmy znaleźć żadnej taxówki po drodze. Zaszłam do kawiarni spytać o jakieś autobusy i numery taxówek. Kiedy mój portugalski się wyczerpał zapytałam czy możemy rozmawiać po angielsku, niestety usłyszałam słynne powiedzenie Portugalczyków lat 50 w górę : jesteśmy w Portugalii i będziemy rozmawiać po portugalsku. Nie dałam się i dogadałam się w tymże języku, a nawet pan ochroniarz czy kim on tam był mundurowiec pochwalił mnie i poinformował. Udało nam się złapać autobus. Nie wiem jak ludzie potrafią funkcjonować , kiedy na przystanku nie ma rozkładu, a chcą się dostać do centrum, które jest oczywiście na jakiś wzgórzach. My wsiedliśmy w bus, tylko dlatego, że mundurowy powiedział, żebyśmy poczekali 10minut,bo na pewno coś przyjedzie.
Zadowolone już na górze Guardy :) (po lewej Larua,a po prawej Joanna zwana Janą,czyt. Żana)
 Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w Museu Da Guarda, co najlepsze zapłaciłam mniej za wstęp, ponieważ dopytałam się o zniżki, reszta płaciła bez zniżki, zamiast  poczekać aż dogadam (wcale nie tak łatwo po portugalsku).
 Wystawa rozmaita, były tam:
Obrazy z średniowiecza 
 Posągi świętych (które przerażały Joannę)
 Herby, bronie, szable...
 Obrazy z XIX/XX wieku :)
Ten bardzo mi się podoba
Plamka niestety pojawia się na większości zdjęć, bo coś mam nietak z aparatem.
 Oto fragment wystawy o Caroline Beatriz Angelo.
Z tego co zrozumiałam była to lekarka, feministka, republikanka. Startowała w wyborach. Niestety jeszcze nie jestem na tym etapie, żeby wszystko rozumieć,a czasu nie było dużo na czytanie.
 Wyszliśmy z muzeum i natrafiliśmy na cortejo. Studencka parada, coś a'la Latada (możnaby to porównać do juwenaliów...jednak to impreza z większym rozmachem), o której wspomnę w osobnej notce. Jak widać każdy wydział/kierunek przebiera się i krzyczy jakieś bzdurne hasła, których nie rozumiem.
GUARDA
  Przepiękna katedra i występ bębniarzy, tego dnia odbywało się dużo parad. Nie tylko studenci, ale też motocykliści i seniorzy prezentowali się na mieście.
 pan rzeźbiarz
Król i Nikos

Portal katedry
Po wielu przygodach z taksówkami- próbą znalezienia postoju,a potem dwóch taksówek, jeżdżeniem z centrum na dworzec autobusowy, potem stację kolejową,pomocy panów policjantów, którzy sprowadzili taksówkę, nastepnie poznaniu taksówkarza, którego syn ma żonę Polkę- Dorotę i dowiedzeniu się,że Pan taksówkarz był w zeszłym roku w Warszawie na 11go listopada(tak,tak zrozumiałam go po portugalsku:)),po próbach zrozumienia niemiłego pana w okienku na stacji autobusowej, podjęciu decyzji,że jeszcze raz upewnimy się na dworcu kolejowym czy na pewno nie ma innych pociągów jadąych gdzieś indziej niż do naszej Coimbry (ach ten pociąg do zwiedzania). Zdecydowaliśmy, że zostajemy w Guardzie i wracamy rano pociągiem o 7. Oznaczało to całą noc wrażeń i tzw. clubbingu, tutaj raczej barring lub caffeing.
 Rozpoczęliśmy od kolacji w portugalskiej restauracji, która wyglądała na zbyt elegancko jak dla nas. Jednakże zaryzykowaliśmy, w końcu trzeba było napełnić brzuchy przed ciężką i długą nocą. Do 7 rano było duużo czasu...

Nowy kolega-Santiago
Rozśmieszał nas podczas kolacji, dzięki niemu spaliliśmy trochę kalorii. Danie dnia, które zamówiliśmy było ogromne i przepyszne, siedzieliśmy tak około 3 godziny jeśli się nie mylę, żeby zabić czas,ale przede wszystkim dlatego, nie mogliśmy się ruszyć z obżarcia. Może to wstyd, ale taka prawda!
Był nawet Harry Potter.
 
Później mimo, że polecono nam Etcetra cafe i najlepszy klub w mieście Catedral-dziwna nazwa jak na klub. Postanowiliśmy śledzić grupę młodych ludzi i znaleźliśmy się w shisha barze. Było bardzo sympatycznie.
Z zakochaną parą 
 Kontynuując motyw Harrego Pottera, uczyłam eliksiroznawstwa :)
Kolejny bar, kolejny shot.
 Tym razem bardziej rockowe klimaty.
 Następnie poszliśmy do jakiegoś umcyk,umyck klubu. I rozkręcałyśmy parkiet, aby później znaleźć się w ostatnim barze tego wieczora, gdzie molestowałyśmy obsługę, żeby puszczali nam waka-waka :) Robiłyśmy występy,a miejscowi bacznie nas obserwowali. Parkiet oczywiście był nasz. Około 5tej godziny się zmyliśmy. Jak na złość rano nie można tam złapać taxówki, szliśmy z buta. Jednak ja i Laurka zostałyśmy podwiezione przez studenta medycyny Bruna pod samą stację, zostawiając innych w tyle. Po czym później marzłyśmy pod budynkiem dworca, który przed 6rano był zamknięty. Kontynuowałyśmy motyw Harrego Pottera. Laura jest wielką fanką. Gdy tak sobie czekałyśmy same, nasłuchując dźwięków nocy, nagle Laura krzyknęła,bo zraszczacz do trawników zaczął pracować i to akurat w naszą stronę,Wg Laury była to Nagini(wąż SAMI-WIECIE-KOGO), dzięki niej powstał chory filmik oczywiście o HP.


Nagle zobaczyłyśmy jakąś młodą panią, spytałyśmy czy nas wpuści do środka,bo akurat otwierała boczne drzwi. Odpowiedziała po portugalsku, wydawało się,że nas nie wpuści ,ale Laura zaczęła ją prosić po ang,a ja mówiłam,że jest muito frio, no i znalazłyśmy się w kuchni, na zapleczu baru w budynku dworca, a miła wskazała nam kanapę, po 5 minutach podała herbatę (sama z siebie zrobiła i dała:)). Następnie poinformowała nas,że dworzec otwarty,a nasi 'colegos' nas szukają. No anioł!
        Czekam na kolejną wycieczkę, jednak bardziej nisko-budżetową.

piątek, 5 listopada 2010

Primeiro :)

Bem vindo na moim blogasku. Pierwsza notka chyba zawsze jest tą najtrudniejszą. Postaram się, żeby była ładna i składna, ale każdy kto mnie zna, wie, że pewnie wyjdzie inaczej. Dla tych, którzy nie wiedzą…
Oto blog założony z pewnym opóźnieniem. Dwumiesięcznym, jeśli się nie mylę.  Zamierzam opisywać tu  swoje perypetie i jak głosi adres bloga moją przygodę w Portugalii. Postaram się opisać wszystko od początku. Choć dużo już się wydarzyło. Jeszcze więcej przede mną. Jutro (za kilka godzin:P) wraz z moimi tutejszymi kumpelkami z Grecji wybieramy się wynajętym samochodem do Fatimy i okolicznych mieścinek.   Mam nadzieję, że pierwsza notka zmotywuje mnie do pisania następnych!

No to lecę od początku, pamiętny 27 sierpnia 2010. Godzina 6.15, czyli niemalże noc- to godzina odlotu mojego samolotu. Trasa Gdańsk-Eindhoven-Porto.  Niestety w Eindhoven około 8 godzin czekania.  Pierwszy raz leciałam samolotem, od razu dwa razy J Lot do Eindhoven lekki stresie, delikatne turbulencje, a później już tylko ekscytacja! Wieczorem po 19 portugalskiego czasu (godzina do tyłu )wreszcie w Porto!  Pierwsze zmagania z językiem portugalskim w informacji turystycznej na lotnisku, a także na stacji metra. Pierwsze wrażenie pozytywne, faktycznie Portugalczycy są strasznie pomocni. Nawet jeżeli nie mówią po ang, starają się pomóc za wszelką cenę.
Ogólne wrażenia o Porto. Piękne miasto. Duże, tętniące życiem. Moje pierwsze miasto w Portugalii, więc wrócę tam jeszcze nie raz.
Trochę nie po kolei:
 Paulina, Fazka i ja podczas darmowego festiwalu w parku :) pierwszy wieczór!
 Porto!
 viva Portugal
 festiwal :) pierwszego wieczora muzyka portugalska,a drugiego bardziej rockowa

 uwielbiam te 'kafelki'

 nasz host Bernardo i jego przyjaciółka Ana



 aniołek Bernardo i jego koledzy podczas koncertu...
 Slimmiego :) mega koncert!
 jak widać The Beatles można spotkać wszędzie
 so alegria!



Pozdrawiam serdecznie wszystkich! :)