wtorek, 25 stycznia 2011

Finalmente-Lisboa!

Za dwa dni minie 5 miesięcy odkąd jestem w Portugalii, a dopiero w zeszły weekend wreszcie wybrałam się do Lizbony. W zeszłym roku jakoś nie było czasu, a to wydawało mi się, że jak już mam tam pojechać to na dłużej niż weekend. Jednak w zeszłą środę kiedy to Martin, kolega z Czech zapytał czy jedziemy w weekend do Lizbony stwierdziłam, że czas nadszedł. Plan był prosty: jak najniżej po kosztach. W końcu oboje użytkownicy couch-surfing. Niestety nie tylko my mieliśmy w tamten weekend chęć na skorzystanie z czyjejś kanapy. Podczas poszukiwań  wpadłam na profil pewnej pary anarchistów zamieszkującej squat i udostępniającej tam nocleg. Aplikowaliśmy tam z Martinem, mimo, że ichni kalendarz był już napięty w te dni,, ale bez odzewu. Dlatego skorzystaliśmy z oferty jednynej osoby, która nam odpisała-był to Mario, 33-letni skaut. Już na samym początku zaskoczył mnie tym, że zgadza się nas przyjąć, ale przeprasza, że może dać nam tylko materace, bo w tym samym czasie przyjmuje już innych CS'ów. Minus był taki, że mieszkał koło lotniska czyli kawałek od centrum. Poza tym poświęcił nam dość dużo swojego czasu w piątek i w niedzielę, dzięki czemu jak na 3 dni zobaczyłam bardzo dużo. Przede wszystkim nachodziłam co objawiło się bólem kolana :( Z ciekawostek apropo naszego hosta jest to, że to samouk, który uczy się  polskiego i potrafi nawet zagrać kilka piosenek w tym języku. Zagrał i zaśpiewał, całkiem dobrze, 'Mieszkam w Polsce' Kultu i 'Balladę o krzyżowcu' z harcerskiego repertuaru. Byłam w pozytywnym szoku.

Co do samej Lizbony, to na wstępie powiem, że chyba nie jest ona w stanie odebrać ona tytuły mojego ukochanego miasta w Portugalii czyli Porto. Lizbona jest piękna, wielka jak na stolicę przystało. Zdecydowanie przeważają tu jasne barwy, nie jest taka szara jak Porto, które dla niektórych może wydawać się mroczne i smutne. Mimo to nie zdobyła ona aż tak mojego serca. Wydaje mi się, że to może przez pogodę i, że do tego miasta bardziej pasuje gorące, letnie słońce albo chociaż te wiosenne. W Bairro Alto- dzielnicy słynnej z obecności samych barów i restauracji tego, że wszyscy delektują się upojną atmosferą na ulicach, spędziłam tylko jeden wieczór. Było mi niesamowicie zimno od wiatru, że nawet % nie pomagały. Nie żałuję mojego wyjazdu. Uważam, że dużo zobaczyłam i chcę tam wrócić, ale w bardziej słonecznej porze roku, aby następnym razem nie gonić, żeby wszystko zwiedzić, tylko delektować się klimatem Lizbony i jej przepięknych starych ulic. I wreszcie pójść na lizbońskie fado, nie żałując eurasków na wstęp. Mam nadzieję, że następna wizyta w Lizbonie będzie z kimś z moich bliskich kto mnie odwiedzi :)

Ta piękna ściana przywitała nas zaraz po wyjściu ze stacji metro Santa Apolonia
Plakat wyborczy lewicy- w niedzielę były wybory prezydenckie.

Azulejos-jedne z moich ulubionych symboli w Portugalii :) Mówię o tych przepięknych kafelkach. W Lisbonie było ich mnóstwo.

Widok na centrum Lizbony z tarasu na wzgórzu, gdzie mieści się Castelo de Sao Jorge.


Po zjedzeniu 'prato do dia' w pewnym barze w Lizbonie. Moje obliczenia ile jestem winna Martinowi oraz podziękowania dla obsługi.

Praca do Comercio

Mój kompan- Martin

Nie mogę sobie przypomnieć nazwy :D


Gołe baby w Parku wybudowanym na Expo'98

Ja i pingwiny w Oceanarium :) Sobie trochę porozmawialiśmy :P

Tramwaj numer 28

Fota z dedykacją dla Taty :)

Azulejos <3
 Sé Catedral de Lisboa
Uwielbiam tego typu kolorowe akcenty, których w Lizbonie pełno.

1 komentarz:

  1. wow, widać że się nie nudzisz i nie obijasz :)
    świetne foty i wpisy, pozdrowienia :*
    Ewa

    OdpowiedzUsuń