niedziela, 7 listopada 2010

Fatima?

Ola!
Poprzednio napisałam, że wybieram się na wycieczkę do Fatimy w sobotę, czyli wczoraj.  O 10.15 miałam zbiórkę z Laurą, Joanną i jej chłopakiem, którego imienia nie napiszę, bo nie mam pojęcia jak. Mimo iż za pierwszym razem obudziłam się po ósmej, zamiast wstać od razu…wstałam  przed 10, więc na szybko bez śniadania ani nawet kawy. Zaczęłam się przygotowywać do wycieczki. Musiałam się spakować, bo nie wiedziałam czy gdzieś zanocujemy czy nie. Jak to ja z nadzieją, że może to druga się spóźni, wyfrunęłam z mojego domu kilka minut przed zbiórką oraz  z poczuciem ulgi, że znam skrót nad rzekę, zamiast łazić na około jak to robiłam przez dwa miesiące poprzednie.  Odebrałam telefon, że faktycznie moi kompani się spóźnią, więc trochę zwolniłam. Po czym okazało się, że wzięli taxę i już są na miejscu, ale kierowca nie chce poczekać, więc muszę sama wziąć taxówkę na stację, niestety. Tak się zaczęła przygoda z taxówkami tego dnia… Dojechałam na miejsce trochę niezadowolona, że musiałam zabulić za taxę. Okazało się, że naszych kompanów do drugiego auta nie ma. A w punkcie wynajmu samochodów nie ma nikogo tylko karteczka zaraz wracam. Nie byliśmy jednymi, którzy w tę piękną sobotę chcieli gdzieś wyruszyć. Po dłuższym czasie okazało się, że aut nie ma, a w innych wypożyczalniach są za drogie i też niewiadomo czy dostępne. Lekko zawiedzeni, obraliśmy  zupełnie inny kierunek- Guarda we wschodniej części Portugalii.  Ekipa w składzie wymienionym na początku plus Nikos-Grek i Dan-Anglik wsiedliśmy w pociąg, po ponad dwóch godzinach byliśmy na miejscu. Karta euro 26 jest wreszcie przydatna, mam ok. 2€ zniżki J (reszta nie-hehehe). Zdani sami na siebie, ruszyliśmy przed siebie w poszukiwaniu informacji turystycznej i centrum miasta. Z moim skromnym portugalskim dowiedziałam się u pewnej pani zaczepionej na ulicy, że należy iść w górę. No cóż! Tak to jest w Portugalii, że się wszędzie wspinasz. O dziwo nie mogliśmy znaleźć żadnej taxówki po drodze. Zaszłam do kawiarni spytać o jakieś autobusy i numery taxówek. Kiedy mój portugalski się wyczerpał zapytałam czy możemy rozmawiać po angielsku, niestety usłyszałam słynne powiedzenie Portugalczyków lat 50 w górę : jesteśmy w Portugalii i będziemy rozmawiać po portugalsku. Nie dałam się i dogadałam się w tymże języku, a nawet pan ochroniarz czy kim on tam był mundurowiec pochwalił mnie i poinformował. Udało nam się złapać autobus. Nie wiem jak ludzie potrafią funkcjonować , kiedy na przystanku nie ma rozkładu, a chcą się dostać do centrum, które jest oczywiście na jakiś wzgórzach. My wsiedliśmy w bus, tylko dlatego, że mundurowy powiedział, żebyśmy poczekali 10minut,bo na pewno coś przyjedzie.
Zadowolone już na górze Guardy :) (po lewej Larua,a po prawej Joanna zwana Janą,czyt. Żana)
 Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wizyty w Museu Da Guarda, co najlepsze zapłaciłam mniej za wstęp, ponieważ dopytałam się o zniżki, reszta płaciła bez zniżki, zamiast  poczekać aż dogadam (wcale nie tak łatwo po portugalsku).
 Wystawa rozmaita, były tam:
Obrazy z średniowiecza 
 Posągi świętych (które przerażały Joannę)
 Herby, bronie, szable...
 Obrazy z XIX/XX wieku :)
Ten bardzo mi się podoba
Plamka niestety pojawia się na większości zdjęć, bo coś mam nietak z aparatem.
 Oto fragment wystawy o Caroline Beatriz Angelo.
Z tego co zrozumiałam była to lekarka, feministka, republikanka. Startowała w wyborach. Niestety jeszcze nie jestem na tym etapie, żeby wszystko rozumieć,a czasu nie było dużo na czytanie.
 Wyszliśmy z muzeum i natrafiliśmy na cortejo. Studencka parada, coś a'la Latada (możnaby to porównać do juwenaliów...jednak to impreza z większym rozmachem), o której wspomnę w osobnej notce. Jak widać każdy wydział/kierunek przebiera się i krzyczy jakieś bzdurne hasła, których nie rozumiem.
GUARDA
  Przepiękna katedra i występ bębniarzy, tego dnia odbywało się dużo parad. Nie tylko studenci, ale też motocykliści i seniorzy prezentowali się na mieście.
 pan rzeźbiarz
Król i Nikos

Portal katedry
Po wielu przygodach z taksówkami- próbą znalezienia postoju,a potem dwóch taksówek, jeżdżeniem z centrum na dworzec autobusowy, potem stację kolejową,pomocy panów policjantów, którzy sprowadzili taksówkę, nastepnie poznaniu taksówkarza, którego syn ma żonę Polkę- Dorotę i dowiedzeniu się,że Pan taksówkarz był w zeszłym roku w Warszawie na 11go listopada(tak,tak zrozumiałam go po portugalsku:)),po próbach zrozumienia niemiłego pana w okienku na stacji autobusowej, podjęciu decyzji,że jeszcze raz upewnimy się na dworcu kolejowym czy na pewno nie ma innych pociągów jadąych gdzieś indziej niż do naszej Coimbry (ach ten pociąg do zwiedzania). Zdecydowaliśmy, że zostajemy w Guardzie i wracamy rano pociągiem o 7. Oznaczało to całą noc wrażeń i tzw. clubbingu, tutaj raczej barring lub caffeing.
 Rozpoczęliśmy od kolacji w portugalskiej restauracji, która wyglądała na zbyt elegancko jak dla nas. Jednakże zaryzykowaliśmy, w końcu trzeba było napełnić brzuchy przed ciężką i długą nocą. Do 7 rano było duużo czasu...

Nowy kolega-Santiago
Rozśmieszał nas podczas kolacji, dzięki niemu spaliliśmy trochę kalorii. Danie dnia, które zamówiliśmy było ogromne i przepyszne, siedzieliśmy tak około 3 godziny jeśli się nie mylę, żeby zabić czas,ale przede wszystkim dlatego, nie mogliśmy się ruszyć z obżarcia. Może to wstyd, ale taka prawda!
Był nawet Harry Potter.
 
Później mimo, że polecono nam Etcetra cafe i najlepszy klub w mieście Catedral-dziwna nazwa jak na klub. Postanowiliśmy śledzić grupę młodych ludzi i znaleźliśmy się w shisha barze. Było bardzo sympatycznie.
Z zakochaną parą 
 Kontynuując motyw Harrego Pottera, uczyłam eliksiroznawstwa :)
Kolejny bar, kolejny shot.
 Tym razem bardziej rockowe klimaty.
 Następnie poszliśmy do jakiegoś umcyk,umyck klubu. I rozkręcałyśmy parkiet, aby później znaleźć się w ostatnim barze tego wieczora, gdzie molestowałyśmy obsługę, żeby puszczali nam waka-waka :) Robiłyśmy występy,a miejscowi bacznie nas obserwowali. Parkiet oczywiście był nasz. Około 5tej godziny się zmyliśmy. Jak na złość rano nie można tam złapać taxówki, szliśmy z buta. Jednak ja i Laurka zostałyśmy podwiezione przez studenta medycyny Bruna pod samą stację, zostawiając innych w tyle. Po czym później marzłyśmy pod budynkiem dworca, który przed 6rano był zamknięty. Kontynuowałyśmy motyw Harrego Pottera. Laura jest wielką fanką. Gdy tak sobie czekałyśmy same, nasłuchując dźwięków nocy, nagle Laura krzyknęła,bo zraszczacz do trawników zaczął pracować i to akurat w naszą stronę,Wg Laury była to Nagini(wąż SAMI-WIECIE-KOGO), dzięki niej powstał chory filmik oczywiście o HP.


Nagle zobaczyłyśmy jakąś młodą panią, spytałyśmy czy nas wpuści do środka,bo akurat otwierała boczne drzwi. Odpowiedziała po portugalsku, wydawało się,że nas nie wpuści ,ale Laura zaczęła ją prosić po ang,a ja mówiłam,że jest muito frio, no i znalazłyśmy się w kuchni, na zapleczu baru w budynku dworca, a miła wskazała nam kanapę, po 5 minutach podała herbatę (sama z siebie zrobiła i dała:)). Następnie poinformowała nas,że dworzec otwarty,a nasi 'colegos' nas szukają. No anioł!
        Czekam na kolejną wycieczkę, jednak bardziej nisko-budżetową.

3 komentarze:

  1. wole nie wiedzieć ile kasy wydaje się tam na same taxy :O swoją drogą, słaba komunikacja miejska z tego co mówisz! nie ma to jak N6 z huciska haha :D ale podziwiam, że dogadujesz się po portugalsku *dumnaa* ja bym tego na pewno nie ogarneła! baw się dalej i pisz dużo :) :* peti-deti

    OdpowiedzUsuń
  2. + waka waka :D hahaha, żałuje, że tego nie widziałam :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem pod wrażeniem Twoich umiejętności lingwistycznych! Z tego co zrozumiałam, to jesteś jedną z nielicznych osób, które próbują się dogadać, brawo :D Ach i piękna dokumentacja z muzeum. Szalona noc, prawie jak te ze mną w 3city...

    OdpowiedzUsuń